sobota, 15 lutego 2014

Lumene, Bluberry Volume Brilliant Black - tusz do rzęs z arktyczną borówką recenzja

 Poprzedni tusz Lumene Bluberry Curl Mascara z którym się nie rozstawałam (mimo,minimalnego kruszenia pod koniec dnia,który świetnie współpracował z odżywką Eveline 3w1) wywarł na mnie dobre wrażenie, dlatego postanowiłam skorzystać z okazji. Ciesze się jedynie z tego ,ze zapłaciłam za niego te nie spełnia 15 zł,a nie ponad 50.


Po krótce:
'Zapewnia idealne oddzielenie, podkręcenie oraz imponujące pogrubienie rzęs, stanowiąc bazę do wykonania zmysłowego makijażu oczu. Specjalna formuła tuszu zapobiega powstawaniu grudek. Ekstrakt z arktycznej borówki czarnej gwarantuje rzęsom odpowiednią ochronę oraz sprężystość. Mascara zawiera wosk parafinowy, a jego unikalna formuła powoduje, że podczas aplikacji na rzęsach pozostaje grubsza warstwa tuszu, co znacznie powiększa objętość rzęs. Plastikowa szczoteczka zapewnia staranną aplikację.' 


Kolor: czerń choć nie jest to tak głęboka (brylantowa?) czerń o jakiej zapewniano.

Opakowanie: wygodne,o prostym kształcie. Zakrętka na bezgłośne 'klik'.Górna część zakrętki ma charakterystyczne wgłębienie. Z daleka może się wydawać ,że jest zrobione z czarnego plastiki,w rzeczywistości pod odpowiednim katem i w zależności od światła w danym pomieszczeniu jest wypełnione niebieskimi i granatowymi migoczącymi drobinkami (w zamyśle interpretuję to jako diamenciki?)

Szczoteczka: jedna z najprostszych z krótkimi 'włoskami' silikonowa jak mniemam.

Działanie: Pierwsza uwaga tusz jest przede wszystkim nie trwały,ale tak kompletnie po nie spełna 1,5h zaczyna mocno się osypywać, a po 2-3h wyglądałam jak panda. Co ciekawe odbił się też na powiekach,co jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, do tego całe zdarzenie miało miejsce w jeden z zimniejszych lecz nie mroźnych zimowych dni,więc nie można tego zwalić na temperaturę i odłożyć na inną porę roku. Dłużej na rzęsach utrzymuje się z odżywką eveline 3w1 o której kiedyś wspomniałam, ale wydłużenie/pogrubienie rzęs nie jest rewelacyjna ani z nią,ani z samym tuszem.

Czy zakupię go ponownie? Nie, szkoda mi już tych 15 złotych,bo tusz jest naprawdę kiepski, nie wiem co z nim zrobię,bo nie mam w nawyku by domalowywać,albo ponawiać makijaż co pól godziny ;/ Mnie osobiście zawiódł,szczególnie, że przez dłuższy czas byłam bardzo 'za' produktami tej marki na sklepowych półkach i ogółem bardzo ją lubiłam. Niestety ta opinia zaczyna się zmieniać (to nie tylko sprawa tego tuszu). A jakie wy macie doświadczenia z tym produktem?

piątek, 14 lutego 2014

Jak cieszyć się walentynkami będąc singielką?

To już dzisiaj 14 luty, dzień zakochanych par, kartek w serduszka, trzymających się za łapki misiów i co wam tylko przyjdzie wam do głowy myśląc o walentynkach. Z góry przepraszam was,że post ukazał się o tak późnej porze,dzisiejszy dostęp do internetu miałam ograniczony,a ostatni tydzień był pełen nieoczekiwanych zwrotów i tak na dobrą sprawę większość postu tworzyłam dzisiaj. W przyszłości postaram się lepiej to organizować,mam nadzieję,ze mimo wszystko docenicie moje starania ;)

To jedno z tych świąt które przynosi czasem więcej tarapatów niż uciechy. Pomijając fakt,że to fantastyczny okazja do komercji na wielką skalę.  Podobnie jak 'Tłusty Czwartek' z jednej strony zdrowy sposób życia/odżywiania się,z drugiej te wszystkie pyszne słodkości kuszące nas zza lady.

Jednak to 'Walentynki' maja większy rozgłos na całym świecie, w niektórych krajach obchodzi się je wyjątkowo specyficznie,ale nie o tym chcę wam opowiadać. Jak sam tytuł mówi, post ma charakter poradnika, jak nie tyle przetrwać ten dzień co równie cieszyć się z niego będąc singlem.

Przyjęło się,że to święto związków,jakby nie było to święto miłości. Więc dlaczego by nie celebrować przyjaźni ,czy bycia szczęśliwym potrafiąc kochać? Nie tylko innych,ale również siebie,zaakceptować to jacy i kim jesteśmy,cieszyć się będąc sobą,nie musząc udawać kogokolwiek innego? Kochając fakt,że mamy swoje pasje i czerpiemy z nich jak najwięcej? W pędzie życia, będąc manipulowanym, przez media zapominamy o mogłoby się wydawać takich niuansach/oczywistościach, które wcale nimi nie są. To ważne rzeczy o które tak po prostu nam umykają, w takim dniu jak ten warto sobie o tym przypomnieć.

Nie musimy mieć drugiej połówki, by obchodzić ten dzień. W gruncie rzeczy wgl. nie musimy 'czcić' tego dnia. Przez dłuższy czas moje podejście wyglądało mniej więcej tak. I nie miało to nic wspólnego z moim statusem bycia czy nie bycia z kimś:

Jak  cieszyć się z walentynek w 2014 ? 

1. Przede wszystkim wszystko zależy od waszego nastawienia, jeśli wstając z łóżka stwierdzicie ,że będzie to okropny dzień, będziecie mieli utrudnione zadanie jak nie przekreślone z góry.


2. Może moi stali czytelnicy kojarzą mój śniadaniowy problem nie tak dawno aktualny, już we wrześniu zeszłego roku  pochwaliłam sie wam wytrwaniem temu postanowieniu i powiem,wam ,że nadal się trzymam! Co to ma wspólnego z Walentynkami? Dobre śniadanie na dobry start !


3. Nie zapomnijcie to piątek,po którym czeka nas weekend !
 

4. Na dokładkę za weekendem czeka czas ferii !


5. Po pożywnym śniadaniu i przyjęciu wiedzy o długich 2 tygodniach laby ,czas jakoś zaplanować dzień. W walentynki można natknąć się na przeróżne promocje zwłaszcza w przemyśle gastronomicznym, może obiad na mieście? Z przyjaciółkami? A może kawa i dłuugie pogaduchy ? 


6. Korzystajcie z zimy póki jeszcze z nami jest. Choć nie wszędzie śnieg za oknem,to mamy lodowiska, trochę ruchu nikomu nie zaszkodziło zwłaszcza w dobrym towarzystwie! 


7. Coś dla łasuchów. Wykorzystując czerwoną obwódkę wokół liczby 14 w kalendarzu, zabierzcie się za pieczenie/gotowanie, sprawdzi się zarówno jeśli zamierzacie spędzić ten dzień tylko z sobą  czy też nie.


8. Coś dla wielbicieli świętego spokoju - dobra książka,dobra na wszelkie zmarnienia,smutki,ale również do celebrowania chwil ;] 

9. Nie zapominajmy,że to również dzień pracy/szkoły ogółem obowiązków,nie każdy ma czas czy energię by wyjść i spotkać się z bliskimi mu osobami/czy spędzić dzień tak jakby chciał,w domowym zaciszu można równie miło spędzić czas, najnowszy odcinek ulubionego serialu czy długo odkładany seans filmowy zawsze poprawia humor ;) 

10. Czy nie najlepszym pomysłem jest spędzenie dnia na rozpieszczeniu samych siebie,zakupy? A może domowe spa? 


Jak ja spędziłam walentynki? Na koleżeńskich pogaduchach przy kawie, pieczeniu niesamowitego ciasta, długiej rozmowie która uświadomiła mi tak wiele oraz na dobre zakończenie najnowszy odcinek ostatnio oglądanego serialu. A jak wy spędziliście Walentynki?


czwartek, 13 lutego 2014

Revlon Colorstay do cery tłustej i mieszanej - recenzja

Nadeszła pora by i u mnie zagościł wychwalany zarówno przez blogerki jak i wizaz ogłoszony 'kosmetykiem wszech czasów' podkład Colorstay u mnie do cery mieszanej i tłustej. Zapraszam do recenzji ;)

Po krótce:
'Podkład ColorStay przeznaczony dla cery tłustej i mieszanej perfekcyjnie nadaje matowe wykończenie makijażu, utrzymuje cerę zmatowioną przez wiele godzin. Unikatowa formuła zawiera ekstrakty roślinne oraz proteiny jedwabiu, które uwalniając się w ciągu dnia dając poczucie lekkości i wyjątkowego komfortu. Podkład dodatkowo zawiera witaminę A i E, które wygładzają skórę oraz chronią ją przed szkodliwym wpływem czynników zewnętrznych. Filtr SPF15 chroni przed promieniowaniem UV, jakże istotnym w przypadku, gdy nasze kremy nie zawierają go. Podkład nie zatyka porów, jest beztłuszczowy'.(źródło ladymakeyp.pl sklep)


Konsystencja: gęsta,nie spływa z dłoni,jednocześnie nie tępa.

Kolor: posiadam jeden z jaśniejszych,lecz nie najjaśniejszych odcieni: sand beige. Cieszy mnie fakt,że Revlon zadbał o szeroką gamę kolorów,wiec każdy może dobrać coś dla siebie (13 odcieni do wyboru) .


Podkład wydaje się być na zdjęciach za ciemny,chciałam wam trochę to zobrazować i wyjaśnić. W rzeczywistości nie jest, zdjęcia były robione w sztucznym świetle,do tego moje dłonie nie są w najlepszej kondycji (nie dopilnowałam tego;/) są mocno przesuszone wręcz wybielone. Na twarzy wygląda o wiele lepiej, nie zrobiłam zdjęć z podkładem na buzi ponieważ nie mam nim teraz czego przykrywać, więc to nie byłoby sprawiedliwe.





Zapach:chemiczny trudno go scharakteryzować,nie ma w sobie nic szczególnego ani drażniącego co najważniejsze, nie jest wyczuwalny na buzi.

Opakowanie: szklana buteleczka przezroczysta co pozwala kontrolować ilość produktu, z plastikową zakrętką. Choć prezentuje się elegancko, jest poręczna,napisy się nie ścierają aplikacja nie należy do najwygodniejszych; następuje przez wylewanie go na wierzch dłoni. Trudno wydobyć potrzebną ilość produktu (zazwyczaj kończy się na zlewaniu go do środka). Z początku odnosiłam tez wrażenie,że nie mogę go zakręcić, gdyż zakrętka nie przylega do buteleczki (jest drobna przestrzeń między nimi), choć w rzeczywistości tak się właśnie zakręca.

Wydajność: buteleczka zawiera 30ml podkładu, używam go od początku stycznia, przez ponad miesiąc używania nie codziennego lecz dosyć częstego, zużyłam mniej więcej 1/4 całej pojemności.

Działanie:  Najbardziej zaskoczyła mnie jego trwałość,trzyma się na buzi praktycznie cały dzień (nie wiem jak to będzie w lato, przy wyższej temperaturze),ale zimową porą sprawdza się świetnie. Do tego nie potrzeba mi pudru, daje naprawdę dobry mat, nie ściera się,ani nie waży. Jest treściwy,dość ciężki, więc myślę,że nie sprawdzi się w lato. Za to ma solidne krycie,przy pojedynczych większych krostkach przydaje się korektor,ale krycie jest na wysokim poziomie. Co również bardzo ważne jak nie najważniejsze nie zapycha !

Czy kupię go ponownie? Owszem, sprawdza się dobrze, wiem,że mogę na nim polegać. Inna sprawa to cena od 60-80zł za 30ml. To dużo szczególnie,że średnio z jego wydajnością. Na szczęście w sklepach internetowych jak ladymakeup jego cena wynosi ok.35 zł. Jest to o wiele korzystniejsze, ja zakupiłam swój na promocji rossmanie za ok.40zł o czym pisałam przy wpisie o nowościach styczniowych. Jakie są wasze doświadczenia z tym podkładem?


wtorek, 11 lutego 2014

Dermaglin, maseczka przeciwtrądzikowa - recenzja saszetki.

Zachęcona pozytywowymi opiniami postanowiłam spróbować,zwłaszcza,że cena tej maseczki to kwestia kilku złotych. Niestety nie wywarła na mnie dobrego pozytywnego wrażenia, wypadła słabo żeby nie powiedzieć miernie.

Po krótce:
"Maseczka o wysokich właściwościach regulujących wydzielanie łoju oraz normalizujących proces złuszczenia skóry - przeznaczona do cery tłustej i mieszanej, skłonnej do wyprysków. Formuła na bazie zielonej glinki kambryjskiej, z zawartością aloesu i owsa, wchłania zanieczyszczenia i toksyny dostarczając w zamian cennych minerałów dla zdrowia skóry. Bioaktywny kompleks glinkowo - aloesowy oczyszcza, odżywia i regeneruje. Zmniejsza łojotok i zwęża pory. Złuszcza stary naskórek. Wpływa na zmniejszenie wykwitów krostkowych, trądzikowych, hamuje powstawanie nowych zmian. Łagodzi i koi podrażnienia. Jest doskonałym uzupełnieniem leczenia skóry trądzikowej. Wysusza opryszczkę. 


Konsystencja: gęsta, wręcz tępa. lubi szybko zasychać,więc trzeba się 'śpieszyć' z nakładaniem."

Barwa: błotnisto zielona ,po wyschnięciu szarawo-zielona o wiele jaśniejsza.

Zapach: warzywny dosłownie, nieprzyjemny, drażniący,utrzymujący się na twarzy przy jej zasychaniu, ogółem bardzo mnie irytował i przeszkadzał.

Opakowanie: Ponieważ to próba zakupiłam saszetkę (z tego co wiem,nie ma pełnowymiarowej wersji tej maseczki) i bardzo dobrze,bo tylko bym zmarnowała pieniądze. Słyszałam ,że szybko wysycha więc przelałam ją do opakowanie po kremie dzięki czemu uniknęłam tego. Sama saszetka do wygodnych nie należy,ale cóż.

Wydajność: Maseczki jest całkiem sporo ,mi starczyła na 2-3 razy z jednego opakowania. Za cenę ok. 3-4 złotych.

Działanie: I tu zaczyna się prawdziwy problem, bo u mnie było nikłe i bardzo krótkotrwałe. Jedyne co zaobserwowałam to lekko zmniejszone pory (na chwilę) oraz gładszą skórę. I nic poza tym. Używałam jej zaledwie kilka razy,ale myślę,że gdyby miała zadziałać ,zadziałaby nawet po tak krótkim okresie.Do tego jej wysychanie należy do najmniej przyjemniejszych etapów, zastyga dość szybko i uniemożliwia jakąkolwiek mimikę twarzy. U mnie się nie sprawdziła.

Czy kupię ją ponownie: Nie. Po wielu dobrych opiniach wyczytanych z wizazu,od innych blogerek o nagłej poprawie stanu skóry itp. miałam oczekiwania,fakt,jednak u mnie się nie sprawdziła i pomimo jej niskiej ceny nie zamierzam wyrzucać pieniędzy w błoto.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Nowości w pielęgnacji włosów i ogółem o trudności w utrzymaniu ich w dobrej kondycji

Kilka razy szczególnie przy recenzjach odżywek (nie zbyt pochlebnych) wspominałam o moich wymagających włosach. Dlatego nie było tu jeszcze produktu który bym poleciła. Po kilku porażkach z drogeryjnymi odżywkami ,sięgnęłam po ciężką artylerię. Zanim przedstawię wam konkretne produkty opowiem pokrótce o moich problematycznych włosach. Niestety nie mam zdjęć;/

Moje włosy na ogół: mocne,wytrzymałe,błyszczące,gęste, twarde, proste, trudne w stylizacji ,średnio porowate ,odporne na wszelkie wałki- działa jedynie lokówka,ale efekt nie jest zbyt długotrwały, bardzo łatwo się plączą. Ich charakterystyka myślę,że ma wiele wspólnego z faktem,że mam azjatyckie korzenie ;)

Obecnie: do tego wszystkiego co wymieniłam niesamowicie suche i szorstkie ;/

Jak to się zaczęło?
 W pewnym momencie zauważyłam,że mocniej się przetłuszczają, zaczęłam zwracać większą uwagę na szampony których używałam zrezygnowałam z dotychczasowych i zaczęłam używać ziaji,przekonana,że są lżejsze (a tak mi się wtedy wydawało),choć w rzeczywistości również były napakowane SLS esami. W pewnym momencie w 2011 stwierdziłam,że czas na większą zmianę i nie chodziło tu o 'ostre' cięcie,lecz o ich kolor. Po pierwszym farbowaniu stały się bardziej gładkie, mniej się plątały i przetłuszczały.Byłam zadowolona,czytałam,że włosy mogą stać się bardziej sypkie czy gładsze,ale nie spodziewałam się,ze tak będzie i z moimi. Farba (nakładana u fryzjera 2 razy gdyż po myciu zeszła całkowicie na długości ,włosy ewidentnie nie chciały jej przyjąć) zeszła po mniej więcej 3 tygodniach, byłam zła i rozgoryczona. Nie miałam pojęcia,że powinnam odczekać 3 miesiące by ponownie je zafarbować i ponownie udałam się do fryzjera tym razem innego co było podstawowym błędem,ale był to okres przed sylwestrowy i nie miałam szerokiego wyboru przed nowym rokiem. W każdym bądź razie farba która została nałożona była o wiele mocniejsza i już przy samym nakładaniu piekła mnie skóra głowy, fakt utrzymała się bardzo długo,ale konsekwencje tego mam niemal do dzisiaj. Przede wszystkim zaczęły mocno wypadać,łamały się, ogółem były mocno zniszczone .Ja sama tego nie zauważałam do pewnego momentu gdy po nocowaniu u koleżanki zobaczyłam ile ich zostało na pościeli. Nie miałam ,że tak powiem gołych placków na głowie,ale lekko się wtedy zaniepokoiłam. Powodów pogorszenia się stanu i tak znacznemu było wiele od zbyt wczesnego powtórnego farbowania po niewłaściwą pielęgnację. I od tego momentu zaczęłam interesować się pielęgnacją włosów. Najpierw były szampony/maski nawilżające i odżywki bez spłukiwania, drogeryjne.Z czasem stopniowo odstawiłam całkowicie szampony z SLS ami przerzuciłam się na Alttere. Między czasie co nie było najmądrzejszą decyzja postanowiłam rozjaśnić końcówki. Są najtrudniejsze w pielęgnacji.

Poważny krok!
Szczerze mówiąc po raz pierwszy usłyszałam o olejowaniu na blogu azjatyckiego cukru. Równocześnie dowiedziałam się o zbawiennych skutkach kokosu na włosy,dodając 2 do dwóch, postanowiłam spróbować. Zdecydowałam się na olej marki Dabur (więcej TUTAJ ) . Kuracje rozpoczęłam w maju 2013 roku i regularnie nakładałam olej (2-3 razy w tygodniu)do mniej więcej lipca, w wakacje ze względu również na przebywanie w różnych miejscach zrezygnowałam z tego. Szczególnie,że stan moich włosów i tak się sporo poprawił (nie stało się to na pstryknięcie to kwestia 2-3 miesięcy ,dużo zależy tez od częstotliwości używania oleju i odpowiedniego dobrania),a sam olej się skończył. Przede wszystkim przestały nadmiernie wypadać, zaczęły też szybciej rosnąć, było widać,że są zdrowsze, czasem beż używania odżywek/masek tylko po myciu szamponem były gładsze. Do olejowania powróciłam niedawno. Stało się się pewną stałą w pielęgnacji włosów, skuteczną lecz nie natychmiastową.

Wiele niedotrzymanych 'obietnic'
Jak wspomniałam używałam wiele produktów do pielęgnacji, choć na blogu jest mało ich recenzji. Większość używałam pewien czas temu,zanim powstał blog nie pamiętam swoich wszystkich doświadczeń z tamtymi odżywkami/maskami/szamponami ,a najzwyczajniej nie chcę was okłamywać. Jedyne co wiem,to fakt ,że zawiodły,bo żaden z produktów nie spełnił swojego zadania (niektóre jedynie lekko krótkotrwale wygładziły moje włosy). Do niedawno używanych produktów należy słynna odzywka Garniera z avocado i masłem karite oraz maska z granatem Alttery czy odżywka ISANY. Mimo tylu zawodów postanowiłam się nie poddawać i dalej uporczywie szukać.

Obecna pielęgnacja
Mam nadzieję,że dobrnęliście. Oprócz wspomnianego oleju Vatiki marki Dabur od kilku dni zaczęłam stosować coś zupełnie nowego. Ponieważ pielęgnacja drogeryjna się nie sprawdziła, postanowiłam sięgnąć po wspomnianą cięższą artylerię - produkty fryzjerskie. Zaczynając od szamponu po odżywki omijając na razie maskę gdyż mam jeszcze BIOVAX(którego choć teraz nie używam otwarłam wieczko więc gdy tylko zrobi się cieplej muszę),a nie chcę się kusić bo moja tendencja otwierania nowych produktów gdy mam jeszcze poprzednie jest zbyt duża ;D. Zdecydowałam się na  szampon silnie nawilżający marki MATRIX z serii: Total Results Moisture . Oraz dwie odżywki marki TIGI wygładzająco-nawilżająco z serii: S Factor oraz intensywnie nawilżającą ekologiczną z serii: Love Peace Planet: Eco Awesome (którą używam teraz).

Przyznam,że są to droższe produkty (trzeba też uważnie szukać,bo różnica cen na stronach internetowych jest ogromna, S Factor zakupiłam za 43,10 złote za 200ml na innej ta sama gramatura obejmowała koszt 80zł!) ,ale będąc szczera podsumowując dotychczas zakupione artykuły wyszłaby o wiele większa kwota ,a rezultatów albo nie było albo były mierne. Dlatego postanowiłam wydać więcej i mam nadzieję,że to przyniesie większy skutek. Jak wygląda wasza pielęgnacja? Jakie są wasze włosy? Czy ktoś z was ma podobne problemy z nimi ? Czego używacie i co możecie polecić? Piszcie w komentarzach !


Dabur, Vatika olej kokosowy z henną ,ekstraktem z amli i cytryny - recenzja po kilkumiesięcznym stosowaniu

Pierwszy olej, który nie tylko pod pasował moim włosom, ale również rozpoczął 'rytuał' olejowania ich regularnie ! Choć podobno średnio porowate nie zawsze go lubią, moje owszem .To już droga tym razem nie co większa butelka która posiadam i na razie nie zamierzam go zamieniać ;)

O samym olejowaniu słów kilka:
Jeśli zastanawiacie się nad rozpoczęciem takiej powiedzmy 'kuracji' zanim kupicie olej,zróbcie test porowatości włosów! To naprawdę bardzo ważne,pozwoli wam uniknąć pogorszenia stanu włosów przez dobranie nieodpowiedniego oleju w dużej mierze! O samej porowatości i testach odsyłam was TUTAJ

Po krótce:
'Jest to olej kokosowy wzbogacony ekstraktami z amli, cytryny i henny oraz 6 innych ajurwedyjskich ziół. Vatika to unikalna, naturalna receptura, która powoduje głębszą penetrację oleju aby włosy i skóra głowy były nawilżone i zdrowe. 
Cytryna reguluje wydzielanie sebum oraz przeciwdziała łupieżowi.
Henna wraz z innymi ziołami otula włos chroniąc przez zewnętrznymi zanieczyszczeniami oraz podkreśla kolor włosów.
Amla wzmacnia włosy od korzenia aby były zdrowe i lśniące.
Sposób użycia: używaj regularnie na włosy i skórę głowy. Najlepsze rezultaty daje zostawienie jej na noc na włosach a rano zmycie szamponem.'




Konsystencja: w zależności w jakiej temperaturze trzymany jest olej ,przed włączeniem centralnego ogrzewania był w formie stałej,wiec przed użyciem trzeba było go 'podgrzać' przez oblewania strumieniem ciepłej wody. Staje sie ciekły, oleisty jak oliwa z oliwek.

Kolor: lekko żółtawy, jednocześnie przezroczysty.

Zapach:mocno kokosowy, jednak nie takiego naturalnego kokosu bardziej perfumowanego, jest wyczuwalny na włosach ,ale nie tak intensywny jak przy nakładaniu. Mi osobiście nie przeszkadza.

Opakowanie: plastikowa butelka opakowana folia której celowa nie zdejmowałam,z zakrętką. Nie jest to najwygodniejsze (szczególnie jeśli mamy tłuste ręce) ,ale nie narzekam. Co ciekawe o wielkości otworu decydujemy sami, dostając produkt zawartość jest niedostępna ,trzeba przebić czymś otwór.

Wydajność: pierwsza buteleczka miała 150ml choć wydawać by się mogło,że jest mała starczyła na ok.2 -3 miesiące (nie pamiętam,czy zaczęłam używać oleju w marcu czy w maju XD). Używałam go 2-3 razy na tydzień. Nie mam doświadczenia z innymi olejami,wiec nie mam z czym go porównać.

Jak go używam?
Jest wiele sposobów nakładania oleju na włosy. Ja osobiście nakładam olej na 2-3 dzień po myciu włosów, trzymam go na nich min.3-4h bądź całą noc i potem je myję. Jeśli chodzi o ilość dużo blogerek pisze o  łyżce ,ja nakładam go tyle by nie ciekł z nich,ale jednocześnie nie mieć partii suchych włosów, wszystko zależy od ich długości i gęstości ,z czasem ma się do tego wprawę.

Czym go zmywam?
Kiedy usłyszałam po raz pierwszy o olejowaniu włosów miałam sporo wątpliwości,zaczynając od tego ile czasu mi to zajmie, przez fakt jakim szamponem dobrze oczyścić jednocześnie nie podrażnić skóry głowy po podstawowe pytanie czy rzeczywiście warto?
W tamtym czasie używałam szamponów Alterry, które bardzo dobrze radzą sobie ze zmyciem oleju,do tego tak naprawdę każdy szampon z SLS ami również spełnia te zadanie (czasem zdarzy mi się ich użyć, obecnie są zawarte w szamponie Matrixa).

Działanie: 
Na początku miałam mieszane uczucia i nie wiedziałam większej różnicy,z okresu z przed olejowania. Na rezultaty musiałam trochę poczekać i powiem,że było warto ;) Najlepsze efekty uzyskałam po około 2 miesiącach,były przede wszystkim widoczne dla mnie.Włosy się wzmocniły, przestały nadmiernie wypadać, szybciej rosły (!) i nie pojawiał się łupież ( ukazywał się rzadko,ale jednak przy stosowaniu mocnych szamponów) co też jest jego zasługą. Co ważne, olej nie brudzi pościeli,nie musiałam spać na ręczniku.

Czy kupię go ponownie? Już zakupiłam, tym razem większą butelkę jak już wam wspomniałam ;) Komu polecam? Osobom cierpliwym, którym nie straszne jest poświęcenie tych 10 minut? ( w zależności od długości i gęstości waszych włosów,kiedy nabierzecie wprawy będzie zajmowało wam to o wiele mniej czasu). Którym nie straszne jest pochodzenie z naolejowanymi włosami przez kilka godzin ;) I którzy są skorzy poczekać na efekty ;)

niedziela, 9 lutego 2014

Cuda z koralików

W trakcie rutynowego szukania odpowiedniego pędzla,znalazłam dawno zapomniana smycz z zawieszkami do kluczy,które zawzięcie kolekcjonowałam i wyrabiałam w podstawówce. Nie było by w tym nic szczególnego gdyby nie precyzja z jaka zostały wykonane, mnóstwo miłych wspomnień wiąże się z nimi. Wciąż pamiętam 'recepty' na nie i wręcz trochę żałuję,ze materiały są po rozbestwiane nie wiadomo gdzie,a niestety są kosztowne. Zapraszam do galerii:








Rozpoznajecie te zwierzaki? Interesujecie/interesowaliście się w dzieciństwie takimi hand made rzeczami?